czwartek, 27 lutego 2014

O moim hejcie w stosunku do ludzi.

Dziś trochę o tym jak bardzo nienawidzę ludzi. Nie znoszę brunetek o niebieskich oczach. Na ogół nie lubię blondynek. Nienawidzę, kiedy ktoś w moim towarzystwie ( patrz. w autokarze) opierdala sobie kiełbaskę, jak ten hipster co siedzi prawie na przeciw. Nie lubię głośno gadających przez telefon, i nie lubię ludzi którzy nie uśmiechają się do obcych, a zwłaszcza tych którzy uśmiechu nie odwzajemniają, Obdarowuję nienawiścią, wszystkich śmierdzących towarzyszy podróży i ludzi którzy zadają za dużo pytań. Lubię być sama i nie czuć się skrępowana obecnością innych ludzi. Kocham tych, przy których mogę pierdzieć na legalu. Tak lubię, móc, zachować się czasem jak wieprz. 
A piszę to dlatego, że dziś spotkałam, każdy rodzaj znienawidzonego człowieka i już za kilka godzin będę się modlić o chwilę samotności. Bowiem od dziś będę dzielić z kimś pokój. Przechodni pokój. I hejt mój dziś jest wielki, bo jestem wkurwiona na świat, bo mąż jest daleko, a ja w kiełbasianym smrodzie jadę PolskimBusem przed siebie. 
Ot co, chwile cudownej samotności, upajania się własnym bąkiem przeminęły, mam jednak nadzieję, że nie bezpowrotnie. 

Nadszedł jednak dzień, dmuchanego materaca, w kacie przechodniego pokoju, z dala od jedynej osoby, którą toleruję 24/7. Jest źle, moja głowa to dżungla, dżungla. 
            I mimo całego hejtu do świata, zawsze się do ludzi uśmiecham. Bo jestem miła. Nienawidzę w duchu. 
    

poniedziałek, 24 lutego 2014

Emigracja sracja.


Mąż ma szansę wyemigrować do UK. Chyba poleci. Sam. Ja będę w wielkim mieście.
Smutek, wkurwienie i żal.

czwartek, 20 lutego 2014

Przyjaciele których nie doceniamy.

Przez kilka lat, mieszkałam ponad 200 km od domu. Przez kilka lat, tęskniłam za przyjaciółmi, których tutaj zostawiłam. Przez kilka lat, żyłam jak socjopata, nie zawiązawszy żadnej trwalszej relacji, którą mogłabym nazwać przyjaźnią. Po powrocie, zauważyłam jak wiele się zmieniło, moi przyjaciele nie-socjopaci, związali nowe przyjaźnie, bliskie znajomości, ułożyli sobie życie. Przez kilka miesięcy, żyłam tutaj mając do nich żal, że na mnie nie czekali. 
Od kilku tygodni, jest u nas bardzo krucho z kasą. Od kilku tygodni jemy bardzo, bardzo skromnie, chudnąć w oczach i powoli żegnając się jakąkolwiek odpornością organizmu. 
Wszyscy razem schudliśmy od chuja.
Wczoraj zapomniani przyjaciele, wpadli do mnie niczym wolontariusze Caritasu, z kilkoma reklamówkami jedzenia. Bardzo, bardzo ciężko było mi opanować łzy. 
Nie jest to miłe, kiedy ktoś uważa Cię za tak biedną osobę, że kupuje Ci jedzenie, jednak jest bardzo miłe kiedy komuś zależy na tyle, że ma w dupie, to że poczujesz się jak żebrak, i zapewni Ci kilka lepszych posiłków. Dziwne uczucie, połączenie wdzięczności i wstydu. Mam nadzieję, że szybko uda mi się odwdzięczyć. 
Pokój ludziom dobrej woli. 

środa, 19 lutego 2014

Hejt dnia: Syndrom Antygony

http://cracowpostergallery.com/artys
ci.php?n=wgrzegorczyk&p=1
Kojarzę coś tam z liceum, że Antygona, miała przejebane. Coś tam było dramatycznym ciągu zdarzeń, w wyniku których wszyscy umierają, łącznie z biedną Antygoną. Wszystko rozbijało się o tragiczną sytuację bez wyjścia, w dosłownym słowa znaczeniu bo laskę zamurowali w grobowcu, czy cuś.
Od pewnego czasu bardzo się z Panną Antygoną utożsamiam, gdyż mam świadomość, że żaden z moich/naszych wyborów nie będzie oznaczał łatwiejszej drogi. Szczegóły kiedy indziej. Dziś tylko krótkie żale.
O!

poniedziałek, 17 lutego 2014

Mam dość. Jest do dupy. Nie wiem czego chcę.



O godzinie 17:00 obiecałam sobie, że o 19:00 zacznę sprzątać. Mam więc, niespełna 4 minuty, żeby napisać tego posta.
A piszę, bo chce mi się rzygać. Mam dość zmian. Przyjechałam tu aby osiąść, aby mieć swoje miejsce, stworzyć dom. Wyjeżdżam. Na razie sama, bo tylko ja znalazłam pracę "w wielkim mieście".  Będę mieszkać kontem u znajomych, wyliczyłam, że na jedzenie musi mi wystarczyć 200 zł na cały miesiąc. Na szczęście mam zapas tamponów, bo one trochę kosztują.
Wracam do swojej dobrej-nie idealnej pracy. Tyle  chociaż, że ją lubię. Mąż zostaje, aby zapierdalać za swoje 1100 zł. Nie stać nas na to, żeby od razu wynająć mieszkanie. I mimo, tej radości, że w końcu coś zarobię i będzie na opłaty, jest mi zajebiście smutno i źle, bo wierzyłam, że założymy tu rodzinę i będzie dobrze. Że będę mogła regularnie śmigać na cmentarz, aby pożalić się Mamie, na cały ten jebany świat, i zjebać ją od czasu do czasu, za to, że już jej nie ma. 
I jest mi smutno, i jest mi źle, bo znów będziemy osobno. Osobno będziemy klepać naszą biedę. 
Nasz kraj taki piękny.

jest 19:01, znów mam obsuwę. 


Tutaj powinnam skończyć pisać, ale wciąż chce mi się rzygać. Muszę coś sprzedać, żeby mieć na rachunki, tylko co? Wszystkie rzeczy łączą się z moimi rzekomymi pasjami. Bez sensu.

 Idąc chodnikiem, w dziurawych butach. Mąż z dziurami w podeszwach, od spodu, Ja z podeszwami odklejonymi od reszty, widujemy często bogatych ludzi w kurewnie drogich samochodach. 
Się pracuje, się zarabia, się je, się kupuje. Mąż pracuje, nie zarabia, nie je, nie kupuje. Takie życie, przynajmniej zawsze trzymamy się za ręce. 


środa, 12 lutego 2014

Znalazłam pracę. Już jej nienawidzę.


http://www.nickmom.com/more-lols/much-more-proper-ways-to-answer-telemarketer-phone-calls/?xid=pinterest-NM
Allelujah. Znalazłam pracę. Okazuje się jednak, że moje kompetencje są zbyt wysokie na pracę w sklepie 
a zbyt niskie na pracę w jakimkolwiek back officie. Zasilę więc szeregi telemarketerów, wciskających gówno, przez 8 godzin dziennie. Jutro i pojutrze czekają mnie dwa dni szkolenia ( oczywiście bezpłatnego) i jak się sprawdzę podczas pierwszej rozmowy w piątek, dostanę od poniedziałku pracę. Proponowane warunki: 
umowa zlecenie - 50 zł na dzień netto+ prowizja, jeśli wyrobię założony cel miesięczny. I tak jest nieźle. Inni dawali mniej. 
Myślę sobie czasem, że idąc na studia, zmarnowałam czas i pieniądze. Gdybym te 12 tysi, zainwestowała we własny biznes, dziś prawdopodobnie nie musiałabym lizać dupy, młodej pannie z krzywą kreską, tylko po to aby dostać robotę, której nawet nie chcę. Polska. 
Mogłam na przykład iść na studium policealne, nauczyć się fryzjerstwa, i dziś mieć pewny fach w ręku, 
bo jakby to powiedzieć, mam do tego smykałkę. Na włosach zarabiałam jeszcze będąc w gimnazjum.
Człowiek jednak był młody, najpierw owczym pędem wybrał liceum zamiast zawodówki, bo wstyd nie skończyć ogólniaka, a potem się cisnął na studia, bo ciekawe, bo lepsza praca, bo warto, a wielki chuj 
z tego wyszedł. Dziś wszyscy młodzi ludzie mają wykształcenie, ale tylko część z nich ma możliwość załapać się na ciekawy staż, lub praktykę, by robić to na co pracowali, pisząc ściągi na kolejne egzaminy. 
No i oto jestem, absolwentka Socjologii, z kilkuletnim doświadczeniem w sprzedaży i obsłudze klienta. Znająca jakiś tam język i jakiś tam pakiet Office, posiadająca ponadprzeciętne umiejętności interpersonalne, i super kreatywny umysł. Niebawem telemarketerka, z szufladą pełną świadectw pracy, przykrytych dyplomem. 
Wpadłam dziś  na fejsiuniu na taki obrazek:


Zbyt optymistyczny jak dla mnie, ale jednak dał iskierkę nadziei.
Amen.



wtorek, 11 lutego 2014

Młodzi gniewni w garniturach.



Podczas swojej dzisiejszej wyprawy, na pewną, nieciekawą rozmowę kwalifikacyjną, miałam okazję przechadzać się po jednym z biznesowych Katowickich biurowców. Pogoda była dziś słaba, Kato zabłocone i ohydne jak zwykle. Moje buty, spodnie, włosy, wszystko mokre i upokorzone. Czułam się jak czarna Buka w spodniach w kant i obcasach, których szczerze NIENAWIDZĘ. Jednak było coś, co odciągało moje myśli od bolączek dnia codziennego, a byli to młodzi gniewni w garniturach. 
W owym biurowcu, znajduje się kawiarnia, pewnej znanej sieci. Przechodząc obok, zmoknięta i czarna, mimowolnie wgapiałam się w tłum garniturów przesiadujących przy kawie, w asyście laptopów i telefonów marki, powiedzmy.. Blekbery. 
Idąc tak, i taplając się w błocie jednocześnie, zastanawiałam się jak Ci młodzi to robią. Część z nich to zapewne moi rówieśnicy, rekiny biznesu, w fioletowych krawatach i/lub pięknych szpilkach, których co prawda nigdy bym nie założyła, ale chciałabym aby było mnie na nie stać. ;
No więc, wracając do pytania.. jak oni to robią? Młodzi, gniewni, wychowywani w czasach Tupaca i Nirvany, jarający szlugi za winklem, pod blokiem, sączyli pewnie kiedyś tanie wino, planując swoją korpo-przyszłość? Czy może w odpowiednim wieku, dojrzeli wystarczająco aby wskoczyć w ten cały świat korpo kariery, z dress codem na czele. 
Czy są to ludzie, jak panny z mojego poprzedniego wpisu, którym się w życiu usrało? Czy są to ludzie, stworzeni na obraz swoich korpo-rodziców, dlatego tak łatwo odnajdują się w świecie robienia kariery?
 A może są to ludzie tacy jak ja, cale życie nie dopasowani, jak ten puzzel co go ktoś włożył nie do tgo pudełka, dlatego podczas układania do niczego nie pasuje, ale kiedy znajdziemy odpowiednie dla niego pudełko, wypełnia obraz swojego życia, wiedząc, że TO JEST TO. 

Więc, pytam się teraz: GDZIE JEST DO CHUJA MOJE PUDEŁKO? 


Bo póki co, próbowałam w Bankowości i nie siadło, z Socjologii chleba nie będzie. Pracowałam tylko w sprzedaży, której nienawidzę bardziej od butów na obcasie a nie jestem wystarczająco stylish aby zatrudniono mnie w butiku. Nie bardzo wiem do którego świata pasuję.
Może jestem Leną Dunham, z czasów zanim stworzyła Dziewczyny. Z tą różnicą, że nie mam talentu, wiec i z tej mąki chleb się nie uda.  Może jednak pasuję do krawaciarzy? 

poniedziałek, 10 lutego 2014

Czytam blogi. Jak osiągnąć sukces?

           Kiedyś miałam dobrą pracę. Nie idealną, dobrą. Nie szczególnie płatną, ale na rachunki było. I było to nie dawno bo kilka miesięcy temu. Spierdoliłam. W duchu sentymentu opuściłam lepsze choć nie dobre, duże miasto na rzecz, małego, od dziecka mi znanego. Jak nic.. spierdoliłam. Jednak mimo tego jednego złego wyboru, nie potrafię pojąć dlaczego teraz, nie mogę znaleźć równie dobrej bo nie idealnej pracy. 

Czytam blogi. 

Widzę te piękne młode dziewczyny, moje rówieśniczki, robiące karierę. I wciąż się zastanawiam gdzie popełniłam błąd? Poszłam do pracy wcześnie, bo zaraz po liceum. Najpierw na kasę bo nigdzie indziej mnie nie chcieli, potem call center, potem bank, potem moja dobra ale nie idealna praca, która dodała mojemu CV plus pięćset do zajebistości. 
Nikt mi nie powie, że nie zapierdalałam wystarczająco, pracując po naście godzin aby zarobić na studia. 
Nie mogłam iść na staż, bo za mało płacili, nie wystarczyłoby nawet na czynsz i jedzenie, nie mówić już nawet o czesnym. 
I tak czytam te blogi, tych pięknych i młodych, zadowolonych z życia cipek, które każdy swój idealny dzień poświęcają na stworzenie posta o tym, jakie to życie jest zajebiste, wystarczy jedynie przejść przez program  8 kroków do ostatecznego, poukładania swojego dnia i znalezienia czasu na moczenie dupy w wannie.


Szkoda tylko, że żadna z tych Pań nie napisze jak wiele wsparcia miały podczas studiów, że  mogły mieszkać z rodzicami kształcić się w systemie dziennym, zamiast zapierdalać na rachunki. 
Że mogły się bujać po stażach, bo tatuś dał hajs na czesne. Potrafią za to dawać miliony pomysłów na to jak stworzyć sobie bezpieczną przystań, inspirujące miejsce pracy, zaplanować wakacje 2014 i wiele wiele innych. 
   
     
A ja bym chciała, żeby mi któraś pokazała, że bez jakiegokolwiek wsparcia, mieszkaniowego, finansowego, naukowego, wspięły się na ten swój wypolerowany szczyt własnych możliwości. Chcę przeczyta rady kogoś, kto nie tylko utrzymywał siebie, ale także rodzinę, i jego wynagrodzenie wcale nie należało do niego. Że utrzymując rodzinę, dały radę zrobić magistra i zostać specjalistą ds. życia. 
Nie wierzę ludziom posiadającym pieniądze. Oni nie pracują na swój sukces, oni mają środki aby go kupić, poświęcając mu po prostu trochę swojego czasu. 
Chcę prawdziwych ludzi, którzy zapierdalają. Dajcie mi prawdziwą inspirację. 
Amen. 


niedziela, 9 lutego 2014

Ile we mnie nienawiści


      Ah, w końcu stworzyłam miejsce, w którym mogę rzygać żółcią i pluć nią w kierunku wszystkiego co mnie wkurwia i czego nienawidzę. Kiedyś usłyszałam, że jestem malkontentem. Czy jestem? Nie sądzę. 
Po prostu nie lubię swojego życia, a niestety nie mam w życiu tyle szczęścia, aby móc je tak po prostu zmienić. Mam pecha od dawna, od kiedy? jakiego? Coś tam czasem, pewnie rzygnę w tym temacie. 
Będę tu na pewno dużo narzekać, dużo bluźnić, i pewnie czasem obrażać.
Nie wiem  przy kim mogłabym puszczać jad, więc puszczę go w wirtualną przestrzeń. O!
Kto nie lubi ten nie czyta, kto ma w dupie, może czasem rzuci gałką.