O godzinie 17:00 obiecałam sobie, że o 19:00 zacznę sprzątać. Mam więc, niespełna 4 minuty, żeby napisać tego posta.
A piszę, bo chce mi się rzygać. Mam dość zmian. Przyjechałam tu aby osiąść, aby mieć swoje miejsce, stworzyć dom. Wyjeżdżam. Na razie sama, bo tylko ja znalazłam pracę "w wielkim mieście". Będę mieszkać kontem u znajomych, wyliczyłam, że na jedzenie musi mi wystarczyć 200 zł na cały miesiąc. Na szczęście mam zapas tamponów, bo one trochę kosztują.
Wracam do swojej dobrej-nie idealnej pracy. Tyle chociaż, że ją lubię. Mąż zostaje, aby zapierdalać za swoje 1100 zł. Nie stać nas na to, żeby od razu wynająć mieszkanie. I mimo, tej radości, że w końcu coś zarobię i będzie na opłaty, jest mi zajebiście smutno i źle, bo wierzyłam, że założymy tu rodzinę i będzie dobrze. Że będę mogła regularnie śmigać na cmentarz, aby pożalić się Mamie, na cały ten jebany świat, i zjebać ją od czasu do czasu, za to, że już jej nie ma.
I jest mi smutno, i jest mi źle, bo znów będziemy osobno. Osobno będziemy klepać naszą biedę.
Nasz kraj taki piękny.
jest 19:01, znów mam obsuwę.
Tutaj powinnam skończyć pisać, ale wciąż chce mi się rzygać. Muszę coś sprzedać, żeby mieć na rachunki, tylko co? Wszystkie rzeczy łączą się z moimi rzekomymi pasjami. Bez sensu.
Idąc chodnikiem, w dziurawych butach. Mąż z dziurami w podeszwach, od spodu, Ja z podeszwami odklejonymi od reszty, widujemy często bogatych ludzi w kurewnie drogich samochodach.
Się pracuje, się zarabia, się je, się kupuje. Mąż pracuje, nie zarabia, nie je, nie kupuje. Takie życie, przynajmniej zawsze trzymamy się za ręce.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz